Menu

...dla dobra dziecka...

o karkołomnej walce z wymiarem sprawiedliwości dla dobra dziecka

DECYZJĄ SĄDU... czyli jak Sąd w Szczecinie wycenia macierzyństwo

zakrytka

 

Sąd Rejonowy w Szczecinie blokuje kontakty dziecka z najbliższą rodziną. Mocne? Zapraszam do lektury...

Już w brzuchu było niespokojnie. Niepokój o przyszłość, łzy, smutek. Uczucia których maleńki A nie powinien doznawać w tak wczesnym etapie rozwoju. Ale tatuś, urodzona na kresach wschodnich kwintesencja braku wyczucia chwili, nawet wtedy kiedy w brzuchu nosiłam kawałek jego DNA, nie przestał… Krzyk przyjacielem domostwa naszego. Amen.

2010 rok. Pierwsze aresztowanie. Pomimo że było fatalnie z nim, nie bardzo wiedziałam jak ogarnę wszystko bez niego. No i co z dzieciakami. Ok, starszemu wcisnę, że pilnie wyjechał do pracy za granicę. A maluszek?… Zabierałam więc drobinkę do zakładu karnego ze sobą w odwiedziny, razem z paczkami żywnościowymi. Sądziłam że dla obydwojga panów to istotne. A półroczny A nie powinien pamiętać później okoliczności spotkań z tatą. Wizyt które były bodaj najbardziej uwłaczającym akcentem mojego bycia. (…)

Na wolności zaprzyjaźnił się z J, ten oddał mu przyjaźń, wsparcie, współprowadzenie firmy i dostęp do wszystkiego, w tym konta. Dzisiaj pluje sobie w brodę i wyczyszczone konto...

Kilka miesięcy później zaproszenie na rozmowę z dzielnicowym okazało się być one way ticket. Pojechałam do aresztu na wizytę, tym razem sama. Tak żałośnie wyciskał łzy. Tak prosił. Wyraziłam pisemną zgodę na najgorsze 8 niekończących się miesięcy mojego życia…

„….SSSUKA...” tak witał mnie w domu, nawet jeśli wyszłam tylko wyrzucić śmieci – jego nowa bransoletka nie pozwalała mu na taki dystans. Później już było tylko gorzej. Przed poniewieraniem chowałam się za kolejnymi ścianami własnego domu, wtedy kiedy dzieci nie było w domu. Kiedy były, kuliłam się jedynie w sobie, żeby dzieci jak najmniej słyszały. Zaciskałam zęby i mobilizowałam mózg do trwania. W odrętwieniu.  

Po odbyciu kary w systemie nadzoru miał się wyprowadzić. Na wołania pozostałości mnie o pomoc reagowali przyjaciele. Żebym miała chociaż tyle, pod ich dachem, wytchnienia. Do dziś pamiętam jak powoli wracała energia, jak wtedy kiedy ktoś próbuje nadmuchać stary już, zesztywniały balon. Nadymałam się zatem siłą przetrwania. Jak mówią, nic nie trwa wiecznie, balon pękał kiedy przekraczałam próg własnego domu. Bo tam był M. Wciąż był. On i jego Frustracja. 

I niezapłacone rachunki, jak się wkrótce miało okazać. Mój budżet nie wytrzymał pięciu lat utrzymywania 4 – osobowej rodziny, toteż zobowiązałam M do partycypowania w kosztach życia. Odcięto net, prąd i były zakusy na wodę… Wtedy już częściej bywał w Żywcu niż w Krakowie, wspierany przez J.

Stwierdzenie „nie potrafisz zapewnić dziecku odpowiednich warunków życia” musiało mi wystarczyć. Spakował rzeczy A, złapał małą rączkę i wyszedł. Z rączką i jej właścicielem.

Początkowo myślałam – dam im czas – w końcu prawie ich dla siebie nie było w ciągu ubiegłych czterech lat – niech synek pobędzie z tatą.

Po wakacjach A się nie pojawił w domu. Przedszkole trzymało miejsce, a ja pisałam i dzwoniłam bezskutecznie.

Trudno przytoczyć chronologię miejsc zamieszkania – jakieś wsie, Bielsko- Biała, Żywiec, północny Kraków. Przychodziły zawiadomienia o wszczęciu egzekucji zadłużeń z kolejnych przedszkoli.

Czekałam, wiedziałam że możliwości są dwie – albo znowu go zamkną i synek wróci do domu albo sobie nie da rady i sam go przywiezie. Mijały tygodnie.

Pozew sądowy nie był zaskoczeniem. Na drugiej sprawie, po nieudanych mediacjach, po moich wnioskach i tłumaczeniach o wyższości opieki naprzemiennej nad jednostronną, prośbach/łzach/groźbach, sąd przyznał mu pieczę nad dzieckiem. Przed sądem twierdził że nie są prowadzone żadne sprawy karne pod jego adresem. Były. Są świadkowie i wyroki. Jest kolejna pula oszukanych…

Smród jego lewych interesów szybko rozchodził się po Małopolsce. Wyjechał do Szczecina. Z naszym synkiem.

Zobowiązany był przywozić dzieciaka do mnie co drugi weekend, udawało mu się co ósmy. Złożyłam pozew o zagrożenie grzywną, sędzina w Szczecinie przyznała rację.

Niespełna miesiąc później pojawił się nowy wniosek o zmianę kontaktów z dzieckiem. W pozwie czytamy między innymi- cytat:

„ W końcu, nie może ujść uwadze Sądu, że pokonywanie tak długiej trasy samochodem po jednych z najbardziej niebezpiecznych dróg w Polsce (drodze krajowej nr 3, S3 i autostradzie A4 na odcinku od Legnicy do Krakowa) wiąże się z dużym ryzykiem, zwłaszcza, że Wnioskodawca prowadzi samochód po całym dniu pracy, częściowo przy braku światła dziennego, a cała podróż kończy się w godzinach późnowieczornych.”

Dnia 19 czerwca 2017 roku, postanowieniem Sądu, został zmieniony sposób kontaktów z dzieckiem tak, że pierwszy weekend miesiąca A miał spędzać w Krakowie, a trzeci weekend miesiąca ja winnam spędzać z nim w Szczecinie. Z niniejszym się zgadzam, nawet taką ugodę zaproponowałam na rozprawie. Niestety w dalszym punkcie widnieje, iż zostaję obciążona kosztami kontaktów W CAŁOŚCI. Kwot nie podano. Środka transportu również.

Stawka za dojazd do Krakowa wzrosła natychmiast po wydaniu postanowienia. Na sali sądowej przejazd samochodem opiewał na 500 zł. Miesiąc później już 1.100 plus hotele, dieta opiekuna itd. Nie pomagały prośby i tłumaczenia, że pociągiem taniej i bezpieczniej. Propozycje opłacenia przelotów też odpadły - dzisiaj rozumiem, przecież na lotnisku trzeba się wylegitymować, a to grozi kolejnym aresztowaniem... Zagrożone podróżą samochodem zdrowie i życie dziecka utraciły na ważności... Cena czyni cuda.

Na wakacje nad jeziorem nieopodal Poznania transport miał kosztować ponad 500 zł. Nie było mnie stać. Nie było wspólnych wakacji.

Szczecina nie znałam, Szczecinian również. Jedyne miejsce w którym mogę przenocować z dzieckiem to hotel. Mój weekend w Szczecinie to koszt ok 800 zł plus prezentowe zakupy, na które zawsze zabieram A, zostawiając w naszym ulubionym sklepie ok 200 zł jednorazowo. Czyli mamy już 1.000 ujmując bilet PKP. Ale skoro podróż Szczecin – Kraków – Szczecin kosztuje 1.100 zł to dlaczego inaczej liczyć podróż odwrotną? Zatem mamy już ok 2.000 zł. Starszy syn, zgodnie z literą prawa, nie może pozostać w domu sam na ok 3 doby. (piątek i poniedziałek spędzam w pociągu). Opiekunka to koszt ok 900 zł. Jeden weekend w Szczecinie z synem = ok 3.000 zł.

Siłą postanowień sądowych musiałam zrezygnować z większości spotkań z własnym 7 letnim synem. Wnioski o zmiany, zastrzeżenia, dowody... były dla Sądu niewystarczające... Nie było mnie stać na prawnika, wniosek o pełnomocnika z urzędu odrzucono, drugi również.

Wedle kodeksu rodzinnego koszty kontaktów z dzieckiem winien ponosić rodzic, który te kontakty utrudnia, np poprzez wyprowadzkę.

W styczniu 2018 roku zostałam poinformowana przez ojca dziecka, że składa sprawę do komornika, ponieważ nie wpłynęły alimenty.

Szok. Szybkie śledztwo. 08. stycznia 2018 roku padło postanowienie, zaocznie. Nie zostałam poinformowana o sprawie. Do dzisiaj nie widziałam pozwu.

Kwota: 1.200 zł miesięcznie.

Moje dochody od kilku lat utrzymują się na niezmiennym niemal poziomie, ok 3.000 zł. Sąd Rejonowy w Szczecinie dysponuje pełną dokumentacją odnośnie mojego statusu majątkowego.

Samodzielnie utrzymuję siebie i starszego syna. Bez zasiłków i alimentów.

 

Kiedyś wierzyłam, że Sąd Rodzinny podejmuje decyzje najlepsze dla dobra dziecka. Być może. Poza sytuacjami kiedy w grę wchodzi zawodowa współpraca z konkubiną jednego z rodzica. B. S. jest pracownikiem szczecińskiego MOPS. Współpracuje z Sądem. Na co dzień współżyje z M, ojcem mojego dziecka. Fałszywości jej zeznań dowiodłam dokumentami. Te dokumenty również dla Sądu okazały się niewystarczające.

 

W marcu 2018 roku pech chciał że zachorowałam. Z gorączką nie byłam w stanie pójść na pocztę. 11-go rano otrzymałam wiadomość że ojciec dziecka jest w drodze do komornika. Z gorączką i zaflegmionym gardłem biegłam na pocztę wysłać należne tysiąc dwieście. Pożyczone, znowu.

 

Numeru konta nie udostępnił z uwagi na liczne obciążenia komornicze. Długi z kraju i zagranicy.

 

W lutym A był ostatni raz w Krakowie. Przyjazd był odwołany z powodu awarii samochodu, ale po interwencji syna M zgodził się przyjechać pociągiem. Zamiast podliczenia na kwotę 200 zł otrzymałam rachunek na blisko 600 zł. Pierwsza klasa, posiłki w Warsie, taksówki na dworce i z powrotem, diety opiekuna prawnego, to kosztuje. M ma zapewniony darmowy nocleg w Krakowie, u mojego ojca.

Pani mecenas z Gliwic zgodziła się zająć sprawą w zamian za niewygórowane honorarium, plus koszty dojazdów na sprawy do Szczecina – jednorazowo 700 zł. 

Szukam możliwości większych zarobków, również za granicą. Starszy syn ma tylko mnie, nie ma kto się nim zaopiekować w ciągu roku szkolnego. Wakacje spędza z dziadkiem nad jeziorem, więc jedyna szansa na dorobienie na obczyźnie...

Te wspomnienia bolą. Ale jako że historia ta budzi coraz szersze zainteresowanie, chcę ją ubrać w słowa tutaj, żeby nie musieć tego czynić ciągle od nowa.

W kolejnych rozdziałach opowiem co na to wszystko Rzekomy Rzecznik Praw Dziecka – będą cytaty, o kolejnych krokach prawnych i kolejnych wyczynach szczecińskiego Sądu… Opinii publicznej i bezradności matki. Odpowiem również na pytanie dlaczego nie walczyłam tak mocno jak powinnam. O pomysłach na kontakt z Ministrem Sprawiedliwości i szukaniu wsparcia w ludziach dobrej woli – w tym o pewnym młodym człowieku i rodzinie, która pomogła i oferuje ratunek w przyszłości noclegiem w Szczecinie...

A co najważniejsze, o cierpieniu dziecka. Odciętego od matki, rodzeństwa, dziadków. DECYZJĄ SĄDU.

 

 

 

 

 

 

 

© ...dla dobra dziecka...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci